20180123_115508

Ciasto kakaowo piernikowe z suszonymi śliwkami

W ubiegłą niedzielę wybrałam się z rodzinką do przyjaciela wszystkich kobiet – Pepco 😉 Oczywiście zamiast kupić tylko to po co poszłam (bielizna) – zawędrowałam na akcesoria kuchenne i poczyniłam małe zakupy. Oprócz przeciskarki do ziemniaków, nożyczek, gąbek kuchennych i małego garnuszka zaopatrzyłam się też w niewielką keksówkę. Dziś postanowiłam upiec w niej ciasto. W szafkach znalazłam wiórka kokosowe i suszone śliwki, które fajnie wzbogaciły całość.

Składniki:

  • szklanka mąki pszennej,
  • szklanka mleka,
  • pół szklanki cukru,
  • jajko,
  • 2 łyżki przyprawy do piernika (korzenna)
  • 2 łyżki kakao,
  • 80-100 g margaryny lub masła,
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia,
  • wiórki kokosowe,
  • suszone śliwki,

Sposób przygotowania:

Masło/margarynę roztapiamy w garnuszku na małym ogniu.

W misce łączymy ze sobą: mąkę, cukier, kakao, proszek do pieczenia, przyprawę do piernika, mleko i jajko. Odpalamy mikser i miksujemy. Niektórzy bawią się w łączenie najpierw suchych składników, a następnie dodają mokre, ale przy mojej cierpliwości ta opcja odpada 🙂

Nasze ciasto można wzbogacić dodając do niego np. bakalie. Ja znalazłam w szafce suszone śliwki i wiórki kokosowe. Obydwa rarytasy wrzuciłam do masy (nie wyglądającej jakoś spektakularnie i budzącą niekoniecznie miłe skojarzenia 😉 ).

Keksówkę wyłożyłam papierem do pieczenia. Nie mam zbyt wielkiej wprawy w dokładnym układaniu tegoż papieru i z reguły mocno się przy tym napocę i zirytuję, ale udało się (w miarę)! Po wyłożeniu masy do keksówki całość wjechała do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i piekła się dokładnie 60 minut 🙂 Sprawdzajcie patyczkiem! Ciasto może być trochę wilgotne 😉

Smacznego!

20180123_115508

Nowości w naszej apteczce

Ten sezon jesienno-zimowy jest dla nas raczej łaskawy jeśli chodzi o chorowanie. Tfu, tfu – żeby nie zapeszyć 🙂 Pomijając drobne krótkotrwałe przeziębienia Julka była poważniej chora dotychczas tylko jeden raz na przełomie grudnia/stycznia. Niedoleczony katar i intensywny świąteczny czas poskutkowały bakteryjnym zapaleniem zatok i w efekcie terapią antybiotykową. Z moich obserwacji wynika, że podobnie jak ja – moja córka ma tendencję do łapania infekcji zatok. Zaczyna się zwykle od mówienia przez nos, lekkiego kataru i opuchniętych zatok czołowych. Próbowałam szukać w Internecie informacji o środkach zapobiegających rozwojowi tych infekcji, oczywiście przeznaczonych dla dzieci bo jeśli chodzi o zawalone zatoki u dorosłego mam już spore doświadczenie w temacie (o czym pisałam tutaj -> http://zyciebezmejkapu.pl/index.php/2017/07/13/zapalenie-zatok-dolegliwosc-uprzykrzajaca-zycie/

Podczas jednej z rozmów z mamą koleżanki mojej córci (swoją drogą Dobrą Duszyczką 🙂 ) zostałam oświecona newsem, że mój ukochany Sinupret występuje także w postaci kropli. Ostatnio więc postanowiłam w aptece zakupić te kropelki. Nie jest to tani produkt, ale wart swojej ceny (ja zapłaciłam w aptece 26 zł). Zbiera pozytywne opinie i jest skuteczny. Jak już pisałam kiedyś w poście o zatokach Sinupret to lek, a nie jak większość podobnych tego typu preparatów – suplement!

Jego skład to mieszanka ekstraktów ziołowych takich jak: korzeń goryczki, kwiat pierwiosnka z kielichem, ziele szczawiu, kwiat bzu czarnego oraz ziele werbeny. Zgadzam się z opiniami osób, które zauważyły, że kiedy preparat podawany jest zaraz na początku kataru – trwa on zdecydowanie krócej i nie zalega na zatokach. Tym samym nie ma opcji żeby zalegająca w zatokach wydzielina doprowadziła do stanu zapalnego. Jestem zdecydowanie na tak i żałuję, że tak późno po niego sięgnęłyśmy.

W naszej apteczce znalazł się także bardzo dobry lek na odporność – ziomek Sinupretu – czyli Imupret. Podobnie jak Sinupret jest to lek ziołowy, w którego skład wchodzą: ziele skrzypu, ziele krwawnika pospolitego, korzeń prawoślazu, liść orzecha włoskiego, ziele mniszka lekarskiego, kwiat rumianku i kora dębu. Lek ma za zadanie wzmacniać odporność, zwalczać przeziębienie w zarodku i chronić przed wirusami.

Te dwa preparaty to naprawdę dobry duet. Warto pokusić się o poczytanie opinii na temat tych preparatów w Internecie, albo po prostu podpytajcie pediatry 🙂

Całkiem niedawno wrzuciłam Wam spontaniczny post o moich przemyśleniach dotyczących zmiany nawyków żywieniowych spowodowanej problemami żołądkowymi -> http://zyciebezmejkapu.pl/index.php/2018/01/12/a-jednak-jestes-tym-co-jesz/ Staram się twardo trzymać nowych postanowień i choć łatwo nie jest czuję się zdecydowanie lepiej jedząc pełnowartościowe posiłki już nieociekające tłuszczem (jak to miałam w zwyczaju robić 🙁 ). Lepiej późno niż wcale. Czego się nie robi dla zdrowia? Oprócz diety lekkostrawnej codziennie rano weszło mi w nawyk picie namoczonego wieczorem we wrzątku siemienia lnianego. Leczy ono łagodne dolegliwości żołądkowo-jelitowe i łagodzi dyskomfort bólowy, polecane jest w chorobie wrzodowej i w refluksie żołądkowo-przełykowym. Namoczone na całą noc rankiem ma śluzowatą konsystencję, ale jest bezsmakowe więc nie ma dramatu z wypiciem na czczo. Taki zdrowy nawyk, który niewiele kosztuje, a całkiem nieźle dba o błonę śluzową mojego zajechanego na amen w pacierzu żołądka 😉 Właściwości siemienia lnianego jest całkiem sporo. Chroni przed nowotworami hormonozależnymi, pomaga kontrolować poziom glukozy we krwi, obniża poziom cholesterolu, poprawia stan skóry i włosów, łagodzi objawy menopauzy i hamuje rozwój stanów zapalnych. Generalnie – samo zdrowie za niewielkie pieniądze, dostępny w aptece, a nawet marketach typu Lidl i Biedronka. Nie należy przesadzać jednak z jego ilością ponieważ w nadmiarze może wywołać: zaparcia i bóle brzucha.

Kilka ładnych lat temu, jeszcze za czasów studenckich dość długo wspomagałam swoją odporność witaminą E. Takie zalecenie dostałam od dermatologa. Gnębiły mnie choroby skóry i prowadziłam intensywny i stresujący tryb życia (samo życie 🙂 )- podobno dzięki regularnemu przyjmowaniu witaminy E miałam się poczuć świetnie i wzmocnić swoją odporność. I…faktycznie tak się stało. Przede wszystkim znacząco poprawił mi się stan skóry, elastyczność, jędrność, poziom nawilżenia. Nie chorowałam, od czasu do czasu zaliczałam tylko małe przeziębienia. Któż by przypuszczał, że jakaś pospolita witamina E może dokonać takich pozytywnych zmian? Otóż może 🙂 Nie bez przyczyny nazywana jest przecież ELIKSIREM MŁODOŚCI. Jej głównym zadaniem jest:

  • ochrona komórek przed stresem oksydacyjnym (szkodliwe wolne rodniki),
  • zapobieganie utlenianiu nienasyconych kwasów tłuszczowych,
  • przeciwdziała starzeniu się i bezpłodności.

To idealne rozwiązanie dla ludzi przewlekle narażonych na stres, przebywających w zanieczyszczonym środowisku i obciążonych wysiłkiem fizycznym. Witaminę E można znaleźć w takich produktach żywieniowych jak min.: oleje roślinne, migdały, orzechy, marchew, jaja, mleko, warzywa zielonolistne. Jeśli jednak nasz organizm wykazuje duże zapotrzebowanie na tę witaminę i chcemy szybciej odczuć jej działanie warto wyposażyć się w tabletki, najlepiej zawierających naturalną witaminę E.

Miękką zawartość kapsułki z powodzeniem można także zaaplikować sobie na przesuszonych miejscach na ciele lub nałożyć na twarz 🙂

 

Fotografie własne.

 

20180123_115508

Co jest z tą młodzieżą?

Dzisiejszy wpis będzie zlepkiem obserwacji i przemyśleń dotyczących młodych ludzi (nie wszystkich w rzeczy samej! 🙂 ). Z góry przepraszam za słownictwo, ale trzeba nazywać rzeczy po imieniu 😉 Pamiętajcie – to moje subiektywne spojrzenie ,,starego zgreda” rocznik ’85 😀

Z zaciekawieniem (i lekkim przerażeniem) obserwuję ostatnio pewne zjawisko. Mianowicie coraz więcej młodzieży płci męskiej w dzisiejszych czasach ma dwie lewe ręce i kompletnie nie odnajduje się w najprostszych męskich czynnościach, takich jak wbicie gwoździa w ścianę, złożenie mebli z instrukcją, którą ogarnęłaby niejedna kobieta (nawet taka która czego się nie dotknie to spier..li) czy też trzymanie w ręku wkrętarki…Młodzi mężczyźni (rzec się chce chłoptasie) swój pozalekcyjny czas wolą spędzać w galeriach wisząc na fejsie i robiąc sobie coraz wymyślniejsze selfie w fatałaszkach za niemałą kasiorę. Nie kwapią się oni do podjęcia jakichkolwiek działań poza wyszukiwaniem w Internecie coraz to piękniejszych, droższych i bardziej wypasionych srajfonów i robieniem zakupów ciuchowych za bagatela pięć stówek…Czasami mogą się jeszcze porwać na zrobienie najlepszej biby w mieście i zapewnienie swoim gościom cudów na kiju. Natomiast kiedy przyjdzie do porąbania drzewa albo wymiany uszczelki nie wiedzą po jakie narzędzie sięgnąć, którą ręką i czy aby przypadkiem nie za dużo się od nich wymaga?! Przecież ich głównym zajęciem i zadaniem na tej planecie jest nauka i przyjemności, obowiązków zero 😉


Czy tak wygląda i zachowuje się większość naszej młodzieży podstawówkowo – gimnazjalno – licealnej?! [Uszczypnijcie mnie proszę!]


Będąc mamą dziewczynki – już nie tyle z zaciekawieniem, ale opadającą szczeną podpatruję [nie mylić ze szpiegowaniem 😀 ] nastolatki, mijane na ulicy, spotykane w autobusach, sklepach…

CO WIDZĘ?

Pierwsze co rzuca mi się w oczy to tona makijażu (gruba krecha, dużo pudru, szminka – generalnie na bogato), wzrok wbity w iPhone, słuchawki na uszach z muzyką na full – co zresztą skutkuje totalnym wyłączeniem jakiegokolwiek myślenia w sytuacji, np.: jestem pieszym – wtargnę na czerwonym na przejście [bo w uszach mi dudni muza z youtuba – heloł, wolno mi!]. Druga sprawa – REWIA MODY wśród NATOLATEK. Ja rozumiem: że są sieciówki, że są wyprzedaże, że ,,starzy” mają kupe forsy, że dla chłopaka musi się wystroić…No i najważniejsze -> że sobie może strzelić w nowym fatałaszku focie i wrzucić ją do sieci 😉 Aby być prawdziwie docenioną i podziwianą. Aby największa rywalka dostała niemalże zawału kiedy zobaczy Ją w tej nowej wystrzałowej kiecce i futerku z H&M 😉 Te dziewczyny to klony. Jedna upodabnia się do drugiej, a gdy nie daj Boże znajdzie się jakaś szara myszka, która mówi takiej postawie NIE – zostaje outsiderem. Stare malutkie, którym wydaje się, że skoro już współżyją z chłopakiem, palą papierosy, piją alkohol, chodzą na melanże i trwonią kasę rodziców to są już DOROSŁE. Tak mają być traktowane i kropka! Tymczasem w większości przypadków ich postawa życiowa to totalne dno i dwa metry mułu. Problemów zero, obowiązków zero, zachcianek cała masa, roszczeń i wymagań jeszcze więcej. W ustach cygar, słownictwo jak z rynsztoka, gnębienie innych, knucie i intrygi międzyklasowe.

I tak się teraz zastanawiam? Czy ja cholera jasna dramatyzuje? To tylko moje obserwacje i wysnute wnioski, może przerysowałam tę naszą młodzież, może ją zdemonizowałam…?! A może po prostu jestem już stara i nie nadążam ?! Tak, chyba właśnie tak jest…

20180123_115508

Jestem mamą niedoskonałą

Przyznaję się bez bicia, że miewałam lepsze i gorsze dni podczas niespełna sześcioletniej przygody z macierzyństwem. Popełniłam każdy możliwy grzeszek, począwszy od krótkiego karmienia piersią, poprzez spóźnione odpieluchowanie, a skończywszy na uleganiu każdej prośbie o słodycze (czego efektem jest zbliżająca się wizyta u stomatologa…). Nie miałam żadnej mądrej i przemyślanej koncepcji na wychowanie córki. Totalny freestyle niesiony tylko i wyłącznie … miłością do mojego dziecka. Nie za bardzo interesowało mnie też to w jaki sposób inne mamy wychowują swoje dzieci. Nie wtrącałam się i nie pouczałam, ale obserwowałam. Idealnych matek nie ma, każda z nas ma bowiem swoje za uszami i choć kocha swoją pociechę nad życie zdarza się, że ma dosyć. Nie ważne czy jedno, dwoje, troje lub więcej dzieci. Uwierzcie mi, że przy jednym też można się sporo napocić i mieć po dziurki w nosie macierzyństwa. Na szczęście to stan przejściowy, choć niestety nawracający 😀

W tej całej mojej niedoskonałości najbardziej lubię to, że często jest spontanicznie, nieprzewidywalnie i zaskakująco. Planowanie w macierzyństwie mi nie wychodzi, działam na wyczucie. Jedynie podczas choroby jestem poważna, stonowana, skupiona i zadaniowa. Poza tym czasem staram się być dla mojej córki mamą/przyjaciółką/kompanem. Czasami bywam surowa, to są chwile słabości, których powinnam się wstydzić, ale z drugiej strony wyznaję zasadę, że nie mogę Jej rozpuścić jak dziadowski bicz 😉 Kolejna rysa na idealnym macierzyństwie – mój brak cierpliwości i roztrzepanie, które nie raz i nie dwa sprawiły, że podniosłam głos, krzyknęłam i dałam karę. Potem analizowałam na spokojnie sytuację raz jeszcze… – ,,Gdybym była bardziej cierpliwa” – gdybałam. Ale nie jestem, mogę spróbować, ale nie obiecuję, że nagle stanę się oazą spokoju i zrozumienia dla zbuntowanej pięciolatki. To trochę bardziej długofalowy i skomplikowany proces. Cierpliwości uczę się bowiem każdego dnia.

W życiu codziennym widziałam nie raz i nie dwa takie idealne rodziny, idealne matki i żony, które były cierpliwe…do czasu. Najlepsze obserwatorium to większe skupiska dzieci będących pod opieką dorosłych : place zabaw, sale zabaw, parki i skwerki wypoczynkowe, a nawet sklepy. W takich miejscach jesteśmy świadkami różnych zachowań, zarówno dzieci jak i … rodziców. Nie wierzę kobiecie/matce, której dziecko bije wszelkie rekordy złego zachowania, a ona ze stoickim spokojem mu się przygląda i czule uśmiecha się pieszczotliwie mówiąc, żeby się uspokoiło.


Jeśli Ty tak potrafisz – wybacz, widocznie mało w życiu jeszcze widziałam! 🙂


Podczas ubiegłorocznych wakacji wybraliśmy się we trójkę na pobliski plac zabaw. Piękne niedzielne popołudnie, na placu ruch spory, dużo dzieci i rodziców. My tradycyjnie zajęliśmy ławeczkę i obserwowaliśmy sobie naszą pociechę dyskutując na przeróżne tematy. W podobnym momencie rzuciła nam się w oczy pewna rodzina. Model 2×2. Mama, tata, synek, córcia. Rodzina jak z reklamy. Mama huśtała synka, tata chodził za dreptającą niepewnie małą dziewczynką, rozmawiał z kimś przez telefon. Mała dziewczynka zawędrowała na huśtawkę i tam dwójkę musiała ogarniać już mama bo ojciec prowadził nadal rozmowę i oddalił się od całej gromadki. Spoko. Nic nadzwyczajnego się nie działo. Do czasu… Chłopiec jednak widząc, że matka musi swoje siły rodzicielskie rozdzielić na dwoje zrobił się bardzo niezadowolony. Zaczął krzyczeć. Przeklinać. I grozić swojej mamie. Ciekawe skąd znał takie słowa: ,,Zabiję Cię ty ku.wo, nienawidzę Cię”!!!! Ok. Ludzie, którzy to słyszeli zbaranieli, podobnie jak my zresztą. Reakcja matki to śmiech i słodkie słówka do chłopca: ,,Ojej, przestań synku”… Skąd u chłopca w wieku około 4 lat takie słowa? Gdzie je usłyszał? Dlaczego tak reaguje? Nie zamierzam się bawić w psycholożkę, ale doprawdy nie wiem czyja reakcja bardziej mnie zszokowała: dziecka czy matki? Ojciec dzieci nadal rozmawiał przez telefon. Przestraszona ryczeniem starszego brata dziewczynka zaczęła wyć, matka roześmiana i totalnie zresetowała bujała i jedno i drugie na huśtawce starając się jednak więcej czasu poświęcać chłopcu. Po chwili ojciec na nowo zajął się dziewczynką, a matka oddana chłopcu już na sto procent głośno (rozbawionym głosem) powiedziała: ,,Ale żeś pokrzyczał na mamę, ha ha ha”! Poker face to przy tym pikuś. Jeżeli ta kobieta cokolwiek przeżywała, jakkolwiek się denerwowała to na pewno nie było tego widać na zewnątrz. Czy to oznacza, że jest to idealna/doskonała matka? Taka co to wszystko weźmie na klatę, nawet patologię, byleby tylko nie zburzyć swojego idealnego wizerunku?

Jeśli na tym ma polegać ta idealność to ja dziękuję, ale nie skorzystam. Nie chcę ukrywać przed córką moich prawdziwych emocji bo kiedy jestem zła i zdegustowana to po prostu muszę krzyknąć, kiedy jestem rozbawiona muszę się roześmiać, kiedy muszę wymierzyć jakąś drobną karę to nie ma zmiłuj…

Macierzyństwo jak i życie musi być u mnie NO MAKE-UP 🙂

 

www.pixabay.com

 

20180123_115508

A jednak! Jesteś tym co jesz…

Jeszcze do niedawna ładowałam w siebie tony niezdrowego i śmieciowego żarcia. Sądziłam, że mój organizm jest na tyle silny i młody, że z powodzeniem poradzi sobie z tymi frytkami na kolację…Tłusto, konkretnie, najlepiej jedzone w pośpiechu, wielkie kęsy, obżarstwo wieczorne…To tylko niektóre moje grzeszki. Skończyło się. Żołądek odmówił posłuszeństwa, zresztą cały układ pokarmowy zaczął nawalać. W rezultacie wylądowałam na przymusowej diecie, z garścią leków i bardzo powoli ustępującymi objawami. Generalnie cały czas odczuwam dyskomfort i muszę bardzo pilnować tego:

  • Co jem?
  • O jakich porach?
  • Ile?
  • I jeszcze jedno – muszę porządnie gryźć jedzenie.

Z tym miałam od zawsze problem…Odkąd pamiętam jadłam szybko, biorąc wielkie kęsy do buzi. Niestety albo i na szczęście (bo jak można się domyślać szło to w bardzo złym kierunku) dostałam nagle kopniaka od losu i muszę nauczyć się funkcjonować z dużą ilością ograniczeń. Nie jest to łatwe, zwłaszcza dla osoby, która uwielbia ostre przyprawy, ciężkie sosy, smażone jedzenie i generalnie samo złoooo…

Wiecie jak to jest, były Święta, potem Sylwester… Pojadło się i … popiło. W międzyczasie hektolitry kawy. Dobrze, że fajek nie palę bo to byłby chyba gwóźdź do trumny. Tydzień temu pojawiły się pierwsze dolegliwości: zgaga, piecznie, ból, odbijanie i totalnie zrypane samopoczucie. Nagle uświadomiłam sobie, że to z czego nie raz i nie dwa kpiłam (fit jedzenie i dietki) jest po prostu jedynym ratunkiem przed … wrzodami (w najlepszym wypadku)! Mam za swoje 😉 Zaczynam nowy rozdział w swoim życiu. Jadam mniej, a częściej, posiłki nie są obfite, zero alkoholu, ziółka, siemię lniane, więcej ruchu, mniej nerwów (cholernie ciężka sprawa). Totalna dyscyplina! Chodzę jak w zegarku. Powoli przyzwyczajam się do gotowanych i duszonych potraw, w moim menu pojawiły się kasze i lekkie warzywka, jogurty niskotłuszczowe, chude mleko, mięso drobiowe. Eliminuje produkty wysokoprzetworzone. Oczywiście wraz ze mną zdrowiej jedzą moje dwa Miśki. Na szczęście miałam na tyle rozumu, że dla Nich gotowałam zawsze zdrowiej. Tylko swój żołądek i ciało traktowałam jak śmietnik 🙁 Byłam po prostu głupia… Nazwijmy rzeczy po imieniu 😉

www.pixabay.com

 

Teraz hasło ,,Jesteś tym co jesz” dociera do mnie ze zdwojoną mocą. Trzymajcie za mnie kciuki, za moją silną wolę i poprawę kondycji 🙂 Mam nadzieję, że już niebawem odczuję pozytywne skutki stosowania zdrowszej diety i ogólnie – zdrowszego trybu życia.

 

20180123_115508

Dobre kremy za przystępną cenę.

Kto by przypuszczał, że w niemieckiej sieci sklepów Aldi będzie można znaleźć prawdziwe perełki pielęgnacyjne w postaci kremów do twarzy. Są to kremy przeciwzmarszczkowe, rewitalizujące, nawilżające, a nawet koloryzujące (coś w stylu kremów BB). Mowa o kremach BIOCURA Beauty, w opcjach na dzień i na noc. Ich pojemność to standardowe 50 ml, a koszt każdego kremu to: 9,99 zł ! 🙂

Za taką cenę jakość jest naprawdę świetna. Oto wszystkie kremy Biocura dostępne w polskich sklepach Aldi:

www.aldi.pl
www.aldi.pl

 

Muszę przyznać, że jestem zachwycona kremami serią Anti Aging ( krem zielony i niebieski). Odkąd bowiem pierwszy raz spróbowałam zielonego kremu przeciwzmarszczkowego na dzień totalnie się zauroczyłam. Świetnie się wchłaniał i ładnie pielęgnował moją buzię, od razu stał się ulubieńcem w codziennej porannej pielęgnacji. Szybko dokupiłam również wersję na noc, ma ona nieco bogatszą konsystencję niż krem na dzień, ale nie zapycha porów i równie dobrze się wchłania. Głównymi składnikami kremów Biocura Anti Aging na dzień (zielony) są: kompleks peptydowy, LSF 6 i kwas hialuronowy. Natomiast Biocura Anti Aging na noc (niebieski) zawiera w swoim składzie: kompleks retinolu i lipidy z awokado. Kremy te są przeznaczone dla kobiet między 30 a 45 rokiem życia, takie zalecenia wiekowe widnieją na opakowaniu….ale ja osobiście kompletnie nie sugerowałabym się tymi zaleceniami 😉 Uważam, że z powodzeniem można używać tych kremów w każdym wieku  🙂 Zwłaszcza, że delikatna pielęgnacja przeciwstarzeniowa jeszcze żadnej młodej kobiecie nie zaszkodziła 🙂

Drugą parą kremów na dzień i na noc są: Biocura Revital Calcium do cery dojrzałej. Jak sama nazwa wskazuje mają one za zadanie poprawić witalność naszej skóry, jak również jej elastyczność. W swoim składzie mają: wapń, koenzym Q10, LSF 6, witaminę E, pielęgnacyjne olejki i pantenol. Kremy te zalecane są dla kobiet po 45 roku życia. Moja mama jest nimi zachwycona i regularnie zaopatruje się będąc u mnie w te kremiki, ponieważ na Podkarpaciu nie ma jeszcze sklepów Aldi 🙁

Ostatnio będąc w Aldiku wpadł mi w oko świeżak 😉 czyli Biocura Beauty krem koloryzująco nawilżający, doskonały przede wszystkim dla młodej skóry. Nadaje skórze naturalny odcień, wygładza nierówności, przy tym nawilża i nadaje skórze zdrowego wyglądu. Wzięłam go na spróbowanie ponieważ ostatnio z rana jestem wręcz trupioblada i chciałam nadać sobie troszkę kolorku. A jak wiadomo jestem nogą makijażową i nie mam żadnych fluidów i pudrów na stanie 😉 Przede wszystkim zapach – dla mnie bomba! Pozostałe pachną równie ładnie, nie nachalnie, nie czuć wściekłych perfum 😉 Delikatna konsystencja, dobrze się rozprowadza i zakrywa co nieco (małe zaskórniki, zaczerwienienia). Ma przy tym w swoim składzie: kwas hialuronowy, witaminę E, olej abisyński i SPF 6. Czyli na bogato 🙂

fotografia własna
fotografia własna

 

Dużą zaletą tych kosmetyków, poza oczywiście ceną i działaniem jest także wydajność. Starczają na naprawdę długo. Są również tańszą alternatywą dla drogich kremów i wcale nie ustępują im jakością. Warto dodać, że kremy tej marki wygrywały już w testach konsumenckich z najlepszymi zagranicznymi markami. Jeśli więc macie w swojej okolicy sklep Aldi polecam kupno kremiku, który najbardziej podpasuje Waszej cerze. Warto 🙂

 

Wpis nie jest sponsorowany.

20180123_115508

Usmaż rybę tak aby nie rozleciała się na patelni !

Do czego to dochodzi żebym ja – niegdyś noga kulinarna dawała jakieś porady w Internetach 😀 Kiedy związałam się z moim lubym, szczytem moich możliwości kulinarnych było przyrządzenie zupy z torebki, odgrzanie gotowego sosu i ugotowanie do niego makaronu…Potem zaczęłam się troszkę bardziej zagłębiać w kulinaria, próbowałam różnych dań i uczyłam się na błędach. W międzyczasie ktoś usilnie próbował dawać mi rady 😀 Wiadomo – teścióweczka, która potrafi dobrze gotować, ale przekazywanie wiedzy kulinarnej nie szło jej najlepiej. Wiecie jak to jest: źle kroiłam warzywa, źle formowałam mielone, źle doprawiałam jedzenie, używałam nie takich składników jak należy… Zniechęciłam się i zaczęłam robić po prostu swoje. Metodą prób i błędów doszłam do całkiem niezłej wprawy i dziś powiem Wam jedno: NIE ZGNIECIE ZE MNĄ W KUCHNI 😀

Jest co prawda jeszcze sporo potraw, których zrobienie mogłoby sprawić mi niezłą trudność. Do niedawna nie potrafiłam na przykład usmażyć ryby w taki sposób żeby mi się nie rozpadła na patelni! 🙂 Cudowałam z jakimiś panierkami, z patelniami, tłuszczem na patelni i zawsze zwalałam winę na rodzaj ryby jaki kupiłam. W rezultacie na obiad jadaliśmy tylko kupne paluszki rybne lub śledzie opiekane.

Na szczęście mam obok siebie Dobrą Duszę, która pokazała mi banalnie prosty sposób panierowania ryb, który sprawi, że nie rozleci się nam ona na patelni, będzie pięknie wysmażona, rumiana i co najważniejsze -> w jednym kawałku 😀 Być może znacie już ten sposób i też go stosujecie, ale jeśli jest wśród Was osoba, która pod górkę ze smażeniem rybek to zapraszam Was do przeczytania dalszej części tegoż wpisu 😀

Dziś na obiad przygotowywałam filety z miruny z frytami (,,zdrowiutko” jak cholera) i ogórkiem konserwowym. Odmrożoną wcześniej rybę doprawiłam moim ulubionym ostatnio zestawem : TYMIANEK, NATKA PIETRUSZKI I PIEPRZ OGNISTY.

Do panierowania filetów rybnych używam 3 składników w tej oto kolejności (jest ona istotna):

  1. Mąka pszenna.
  2. Jajko.
  3. Bułka tarta.

 

Przyprawioną rybę najpierw obtaczam w mące, następnie maczam w rozbełtanym jajku i na koniec obsypuję solidnie bułką tartą.

Trzy kroki po których na rozgrzaną patelnię z olejem wrzucam owe fileciki 🙂 Nie ma opcji żeby ryba przywarła, wysmaża się na piękny złocistobrązowy kolorek, w środku jest miękka i soczysta 🙂

 

 

 

Spróbujcie – ten sposób naprawdę działa 🙂

Smacznego!

 

Fotografie własne.

20180123_115508

Typ: Matka Zadaniowiec

Pewnie nie ja jedna tak mam, zapewne podasz mi rękę, przybijesz piątkę lub po prostu ze zrozumieniem pokiwasz głową… Zrobiła się ze mnie taka mama zadaniowiec. Jest problem, a ja od razu zwarta i gotowa zacieram ręce, planuję i działam. Oczywiście jak najszybciej oczekuję rezultatów.

www.pixabay.com

 

Choroba.

Jest choroba – od razu działam oczekując cudów na kiju po pierwszej dawce specyfików…

Mały, maciupeńki katarek, ledwo widoczny, odkaszlnięcie raz na kilka godzin. Ja od razu zaczynam wyobrażać sobie najgorsze scenariusze łącznie z nieprzespanymi nockami, wysoką gorączką, biegunką, wymiotami itp. Jak nic idzie choroba. W najlepszym wypadku to przeziębienie. Takie niegroźne, dwa góra trzy dni posiadówki w domu, plus aplikacja naturalnych wspomagaczy typu soczek malinowy i syrop babciny. Ale co jeśli to nie będzie zwykłe przeziębienie?!…Zaczynam więc działać…Planuję sobie, że po pierwszej dawce solidnego lekarstwa prześpimy być może 1/3 nocy, bądź po prostu nie będę musiała nosić dziecka na rękach i uda się ogarnąć nieco kaszel gruźlika. Z rana natomiast po pierwszej inhalacji oczekuję ze zniecierpliwieniem rezultatów. Chcę od razu widzieć efekty w postaci cudownej przemiany duszącego kaszlu suchego w odkrztuszający kaszel mokry. Oj ja naiwna 😀 W międzyczasie łapię za telefon i już umawiam nas na wizytę do pediatry. Moje zadanie to podawać leki z zegarkiem w ręku z nadzieją na to, że dziecko przyjmie je z radością bo przecież tłumaczę, że to dla jego dobra…Yhm…;) W praktyce różnie to bywa, ale zawsze trzymam się godzin i wszystko rozpisane jest na karteczce, a leki poukładane według kolejności podania 😉

Małe/Wielkie problemy przedszkolaka/dzieciaka.

Podrapana ręka, kłótnia na placu zabaw – chciałabym od razu godzić dzieci i szukać wyjaśnień, choć czasami trzeba dać dziecku się pokłócić…

,,Mamo, bo On mnie popchnął, a Ona mnie podrapała” .. . 🙂 Samo życie. Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal jak mówi przysłowie, ale jak każdą rodzicielkę rusza mnie kiedy mojemu dziecku jest przykro z powodu jakiegoś wydarzenia…Wiem, że moja córka ma najlepszą opiekę pod słońcem w swoim ukochanym przedszkolu, ale i tak czasami mam ochotę zadać po raz setny Paniom w przedszkolu pytanie czy aby na pewno moje dziecko nie doznało żadnej przykrości ? 😉  [Tak wiem, nie uchronię Jej przed całym światem 😉 ]. To samo tyczy się placów zabaw i konfliktów jakie kiedykolwiek miały miejsce i brała w nich udział moja córka. Raczej nie jestem nerwusem, krzykaczem i zaślepieńcem wpatrzonym tylko w moje dziecko. Wiem, kiedy nabroi, kiedy ewidentnie jest niegrzeczna i nie ma racji. Jednak czasami zdarzają się sytuacje kiedy widzę, że kroi się konflikt na placu zabaw, a ściślej rzecz ujmując jakaś niesprawiedliwość. Bo jak inaczej nazwać wbijanie się starszych dzieci do kolejki np. do zjazdu na tyrolce? Oj… Gdybyście mnie widzieli jak ostatnio wparowałam w takie towarzycho młodocianych 🙂 Niestety na niesprawiedliwość nigdy się nie zgodzę. Swoim czujnym okiem rodzica siedzącego na ławeczce przy placu zabaw dostrzegłam młodziaków w wieku +10 perfidnie robiących w wała małych brzdąców. Owi młodociani zjeżdżali po kilka razy z tyrolki nie licząc się kompletnie z tym, że te maluchy czekają w kolejce i próbują coś tam po swojemu ugrać. Z marnym skutkiem. Wtedy wkroczyłam ja. Matka zadaniowiec. Owacje!…Żartuje oczywiście 😉 Podeszłam do grupki posmutniałych brzdąców i zadowolonych starszaków i dobitnie oznajmiłam tym drugim, że koniec oszukiwania, maluchy też mają prawo skorzystać z tyrolki. Bąknęłam coś jeszcze o niesprawiedliwości i niegrzecznym zachowaniu i osiągnęłam swój cel, dzieciaki zjeżdżały po kolei 🙂 Mnie autentycznie takie sytuacje doprowadzają do stanu podkurzenia (delikatnie mówiąc).

 

Wydaje mi się, że ta zadaniowość nieco zmaleje kiedy Julka nieco podrośnie albo kiedy po prostu przestanie być jedynaczką 😉

 

 

 

20180123_115508

Czy Ty też masz w domu pomieszczenie do którego lepiej nie wchodzić?

W naszym domu jest kilka takich pomieszczeń, które nazywamy górnolotnie: gospodarczymi…Żeby tam wejść musisz być domownikiem lub należeć do rodziny. Reszta raczej ciężko zniosłaby ten widok. Panuje tam najprościej rzecz ujmując bałagan, artystyczny nieład lub brzydziej mówiąc totalna rozpierducha. Taki stan rzeczy zastałam kiedy tutaj przybyłam. Zawsze walało się w owej pralni pełno roboczych męskich (jak się później okazało nie tylko męskich) ubrań, starych szmat, nikomu niepotrzebnych zepsutych urządzeń typu trymer lub zajechana maszynka elektryczna do strzyżenia. Nie rozumiałam jak takie składowisko można nazywać pralnią. Pralka co prawda też tutaj była, ale ginęła gdzieś w stercie gratów.

Kiedy w końcu przyszedł czas żebym zajęła się oporządzeniem tej klitki musiałam najpierw przedzierać się przez gęstwiny ubrań. Większości z nich nawet bezdomny by nie chciał. Po wyniesieniu około 7 dużych worów z tymi cudeńkami nadal nie było widać końca, ale dało się w końcu wejść i względnie ogarnąć ten bajzel. Poukładałam nawet resztę ciuchów na półkach, które zostawiłam pod presją mojego T (bo przecież przydadzą się do roboty, do garażu, na off-road itp.).


Było idealnie…do czasu… To pomieszczenie nadal przypomina starą graciarnię. Ja natomiast wyglądam przed wejściem do niego mniej więcej tak 😀 :


Tuż przed świętami zakasałam rękawy i ruszyłam ze szczotką i mopem w stronę ,,pralni”. Zrobiłam co mogłam, serio 😀 Było naprawdę dobrze, zważywszy na to, że nasze wizyty tam ograniczają się do wstawienia prania, wyjęcia prania i włożenia czegoś do zamrażalki… Moje szczęście nie trwało jednak długo. Nagle z jakiegoś niewiadomego powodu mój mężczyzna w poszukiwaniu jakiejś starej znoszonej koszulki porozwalał ułożone na półkach ciuchy, natomiast te nadające się już tylko do prania (na pewno nie włożę tego do pralki, będę czekać do wiosny i upiorę to ręcznie na dworze) powiesił na wieszakach.

Tadam!

Z kolei po pięknie ułożonych i posegregowanych przeze mnie ubraniach roboczych pozostało tylko wspomnienie…A było tak pięknie…

Totalny kataklizm. Tak wiem. I najgorsze jest to, że te ubrania aż się proszą o ponowne ułożenie tak jak należy 😀  Niestety jak większość kobiet (sorry dziewczyny za uogólnianie) mam przeświadczenie, że tylko i wyłącznie ja mogę zrobić to najlepiej. W sensie poukładać 😉 Także na nic zdaje się teoria mojego T, że On to przecież w 5 minut ogarnie. Mhm…Jasne. Wystarczy, że po zmyciu naczyń nasza suszarka wygląda tak jak na obrazku poniżej 😀

Gdybyście wiedzieli jakie hity udało mi się znaleźć na tych półkach…Oj myślę, że w second handzie nie jedna kobieta byłaby w stanie wyszarpać drugiej kobiecie z rąk takie gustowne wdzianka…:D Na przykład kiecka z fotki poniżej, z jej kroju wnioskuję, że jest to letnia sukienka, ale z jakiegoś kompletnie niezrozumiałego przeze mnie powodu jest ona wykonana w stu procentach z poliestru…Być może moja teściowa dała radę przechodzić w niej kilka, a może kilkanaście lat i z sentymentu sobie ją zostawiła?! 😀 Nie wiem, nie pytałam bo doprawdy nie ogarnia tego mój umysł. Trzeba przyjąć do wiadomości, że taka była kiedyś moda 😀

Takich wystrzałowych wdzianek w mojej pralni pod dostatkiem, ostatnio nawet moja siostra stwierdziła, że generalnie mam mini lumpeks w tej pralence 😀 Także zapraszam 😉 Oddam w dobre ręce 🙂

Pocieszcie mnie proszę, czy ktoś też ma takie pomieszczenie w domku, które najchętniej zamknął by na klucz i nie wchodził tam przez najbliższe dni, miesiące, lata?! 🙂

20180123_115508

Dotrzymać postanowień nie tylko noworocznych

Zaczął się nowy rok, zewsząd słyszymy nawoływanie do tego aby zrobić pewne postanowienia noworoczne. Generalnie chodzi o zmianę i wyzbycie się złych nawyków jak np. obżeranie się po nocach chipsami i lodami 😉 Z tych bardziej poważnych i znaczących zmian – mamy stać się lepszymi ludźmi, lepszą wersją samego siebie. Nie do końca to kupuję. Doprawdy po 1 stycznia mam się nagle stać innym człowiekiem niż byłam jeszcze 31 grudnia? 😉

Tym bardziej, że…

jestem typem osoby, która bardzo często ma słomiany zapał. Podejmuję się czegoś nowego, a po chwili (dłuższej lub krótszej) podkulam ogon, zaczyna mi się wydawać, że nie podołam, że to nie to i jak ja mogłam na coś takiego wpaść?

Ale…

ten blog pokazuje jednak, że nie każda moja fascynacja musi być chwilowa 😉 Może dlatego, że od momentu zakiełkowania w mojej głowie pomysłu o takim miejscu do czasu jego powstania upłynęło kilka miesięcy? Miałam więc dość dużo czasu aby się zniechęcić zanim życie bez make-upu powstało… 🙂 Dziś nie wyobrażam sobie żeby tego miejsca nie było. Jestem też wdzięczna osobom, które umożliwiły mi realizację moich planów,

a…

plany te były ściśle związane z postanowieniami (niekoniecznie noworocznymi). Przyszedł taki czas, mniej więcej pod koniec 2016 roku kiedy w końcu zrozumiałam, że samo nic się nie zrobi i żeby zamiast odwlekać pomysł o założeniu bloga zacząć działać. Wiedziałam, że mój słomiany zapał może być głównym winowajcą niepowodzenia całego przedsięwzięcia… Póki co: Ja vs. Słomiany zapał 1:0 🙂


Jako rodzic życzyłabym sobie niekończących się pokładów cierpliwości. Tego zawsze mi brakowało, ale uczę się. Mam nawet świetny wzorzec do naśladowania i to na wyciągnięcie ręki – moja druga połówka to oaza spokoju i cierpliwości. Dla mnie, osoby w gorącej wodzie kąpanej cierpliwość to piekielnie trudna sztuka. Jest to jednak jeden z kluczy do sukcesu zarówno w życiu prywatnym jak i zawodowym. Moje relacje z córką są zdecydowanie lepsze kiedy wszystkie nerwy wkładam do kieszeni.

A z cyklu tych bardziej przyziemnych postanowień…Pojedziemy nad to morze w tym roku…Nawdychamy się jodu i pospacerujemy o zachodzie słońca delektując się pięknym widokiem zachodzącego słońca skąpanego w morzu.

I…

Powiemy sobie: TAK…