23157275ba088c57149ef376ac1d32a2_original

Prawo jazdy po trzydziestce.

Pochodzę z rodziny, która wszędzie przemieszczała się komunikacją miejską, rowerem albo pieszo. Tata mój nie miał ciągotek do prowadzenia samochodu, mama tym bardziej. Siłą rzeczy, kiedy moja siostra ukończyła 18 rok życia, a dziesięć lat później tyleż samo ukończyłam ja – nasi rodzice mieli zupełnie inne pomysły niż sprezentowanie nam kursu na prawo jazdy. Prawdę powiedziawszy, żadna z nas nie była jakoś specjalnie chętna aby cokolwiek w tym temacie zadziałać. Całe życie w autobusie, na luzaka, bileciki miesięczne, potem semestralne, czasami na gapę, innym razem na piechotę pół miasta. Stolica Podkarpacia w porównaniu z Katowicami jest zdecydowanie przystępniejsza pod względem przemieszczania się. Żeby nie powiedzieć komunikacyjnie totalnie dwie różne bajki. Dlatego kiedy siedem lat temu przeprowadziłam się do Katowic zrozumiałam, że długo bez prawa jazdy to ja nie pociągnę. Od pomysłu do realizacji trochę wody jednak upłynęło, ale w końcu to prawo jazdy zrobiłam i co najważniejsze – jeżdżę samochodem w miarę regularnie.

Mój pierwszy raz za kółkiem to był rok 2011, marzec. Luby postanowił zapoznać mnie (totalnego matoła motoryzacyjnego) z obsługą volkswagena golfa 3, którego wówczas posiadał. Na miejsce pierwszych samochodowych manewrów mój towarzysz wybrał jakieś przemysłowe tereny kompletnie opustoszałe w sobotę i niedzielę. Długo to ja sobie nie pojeździłam, ale spodobało mi się. Bilans przejażdżki: zero zarysowań, kolizji, trochę przypalonego sprzęgła i nastawienie, ze zapiszę się na kurs lada chwila. Nie wypaliło, niedługo potem zaszłam w ciążę, więc miałam już totalne usprawiedliwienie na kolejne lata. Temat ucichł, ale powrócił dosyć niespodziewanie w lipcu 2015 roku. Luby zapisał mnie na kurs, a ja nie oponowałam. I tak oto rozpoczęła się moja przygoda z prawem jazdy. Oto cała moja droga (wypunktowana 😉 ) począwszy od otrzymania PKK do wydania dokumentu prawa jazdy :

  1. Udałam się do Wydziału Komunikacji żeby złożyć wniosek o wydanie numeru PKK (Profilu Kandydata na Kierowcę). Żeby takowy numer otrzymać musiałam przejść badania i otrzymać orzeczenie lekarskie stwierdzające brak przeciwskazań zdrowotnych do kierowania pojazdami silnikowymi (kategorii B). Oprócz tego potrzebna była fotografia o wymiarach 3,5 x 4,5 cm, dokument potwierdzający tożsamość i prawidłowo wypełniony wniosek.
  2. Wraz z nadaniem mi PKK mogłam rozpocząć oficjalnie kurs. Na początek wykłady: 30 godzin.
  3. Po teorii przychodzi czas na praktykę: 30 godzin jazd. Z doświadczenia wiem, że to nie wystarcza, chyba, że mamy do czynienia z wybitną jednostką.
  4. Po wyjeżdżonych godzinach podeszłam do egzaminu wewnętrznego, najpierw teoretycznego, a później praktycznego. Praktykę powtarzałam 😉
  5. Po zdaniu egzaminów wewnętrznych OSK odesłało moje PKK do Wydziału Komunikacji z informacją, że ukończyłam kurs i mogę podejść do egzaminów państwowych.
  6. Podreptałam do WORD-u i zapisałam się najpierw na egzamin teoretyczny (koszt 30 zł). Na egzamin praktyczny były naprawdę potężne kolejki: 3-4 tygodni. Z kolei na teorię czekałam chyba około tygodnia.
  7. Zdałam teorię i zapisałam się na praktykę, czekałam 2 tygodnie (koszt 140 zł)
  8. Brałam dodatkowe jazdy przed egzaminem.
  9. Oblałam pierwszy egzamin – wymusiłam pierwszeństwo – standarcik.
  10. Znowu jazdy doszkalające. Wymarzona waga 60 kg bo stres mnie pożerał.
  11. Po 10 dniach egzamin drugi – zdane.! Ufff.
  12. Dwa tygodnie później miałam już swój dokumencik 🙂

Trzy miesiące przygody, niesamowitych nerwów i emocji. Było warto. Niestety refleks po trzydziestce już nie jest taki wyborny jak u osiemnastolatków (którzy notabene) stanowili 90% kursantów 😀 Kiedy patrzyłam na ich wyczyny za kierownicą było mi trochę wstyd bo ja dwa razy musiałam pomyśleć zanim wykonałam jakiś manewr, stresując się przy tym niemiłosiernie. Młodzież była nastawiona na działanie, dynamiczna i poniekąd motywująca bo spięłam poślady i dopasowałam się!

Korzyści płynących z posiadania prawa jazdy jest mnóstwo, począwszy od niezależności, a skończywszy na czerpaniu czystej przyjemności z jazdy samochodem. Żałuję, że tyle czasu zwlekałam i wcześniej się za to nie zabrałam. Uprawnienia kierowcy zdobyłam więc już jako trzydziestka 🙂 Dlatego każdej kobiecie (która ma już trochę więcej niż osiemnaście wiosenek 😉 ), wahającej się przed podjęciem decyzji związanej z pójściem na kurs, obawiającej się panicznie tego, że nie podoła radzę żeby zaryzykowała i spróbowała. A nóż okaże się, że jesteście świetne i macie duże predyspozycje aby zostać dobrym kierowcą. Dziś jest bardzo duży wybór dobrych szkół nauki jazdy ,a instruktorzy mają naprawdę świetne podejście do kursantów w różnym wieku. Wystarczy po prostu się za to zabrać bo kiedy już zasmakujecie jazdy autkiem wówczas Wasz facet będzie miał przerąbane. Po prostu będzie grzał siedzenie pasażera 😀

Opcja mniej optymistyczna 😀 :

www.wojnaplci.pl

 

23157275ba088c57149ef376ac1d32a2_original

,,Last Christmas” i ozdoby choinkowe w listopadzie – Lubię to!

Mogłabym rozpocząć ten wpis od wrzucenia wszystkich Polaków do jednego wora z podpisem:

,, Marudzę bo od listopada huczą, że coraz bliżej Święta…”

Nie chcę jednak generalizować bo wiem, że oprócz wszystkich zbulwersowanych są też takie jednostki jak ja (poza dziećmi 😀 ) , które po Dniu Zadusznym zaczynają mentalnie nastawiać się na piękny Bożonarodzeniowy czas. Cóż mogę poradzić na to, że klimat Świąt lepiej odczuwam słuchając na okrągło w radio odgrzewanego co roku kotleta zespołu Wham!, wdychając nałogowo zapach mandarynek i przypraw korzennych do pierników, a także podziwiając ozdoby świąteczne w sklepach i świąteczne oświetlenie ulic w mieście. Nie wspomnę już o wyczekiwaniu na pierwsze płatki śniegu i corocznej nadziei na to, że Święta będą białe. Żyję też ciągłą nadzieją, że w końcu nie zaśpię na pasterkę uśpiona przez coroczne obżarstwo wigilijne 😉

W tym roku gościmy u nas moich rodziców, z czego wszyscy bardzo się cieszymy, a zwłaszcza córa, która ma zamiar z premedytacją nie odstępować dziadka na krok 😀 Ja zamierzam w końcu dojść do perfekcji w lepieniu pierogów pod czujnym i profesjonalnym okiem mojej mamy. Ma być wesoło, rodzinnie i bardzo świątecznie. Dlatego nakręcam się już od listopada i pozytywnie odbieram wszystkie bodźce, które mi o Świętach przypominają. Wiem, że prawdziwa istota Świąt nie polega na obżarstwie, ozdobach świątecznych, Mikołaju, choince, piosenkach świątecznych i prezentach. Boże Narodzenie to przede wszystkim przeżycie duchowe, święto upamiętniające narodziny Chrystusa, to czysta radość i wdzięczność, skupiam się na tym, ale pozwalam sobie również na radochę z tych przyziemnych umilaczy 🙂 Tak – Kevin sam w domu też będzie 😉

Ktoś mi powie:

  • ,, Przecież to wszystko to są przedświąteczne chwyty marketingowe na które tylko naiwni dają się nabierać”!

Ja to wszystko wiem 🙂 Moja aprobata i świadome uczestnictwo w tym całym szale przedświątecznym wcale nie czyni ze mnie gorszego, niewierzącego egzemplarzu. Przecież Boże Narodzenie to najbardziej radosne świąteczne wydarzenie w całym roku, na które wielu z nas czeka. Mnie kojarzy się z radością w każdym możliwym wymiarze. Wiem jednak, że każdy ma prawo przeżywać je tak jak chce. Jeden będzie naburmuszony i przyjmie taktykę na tzw. przeczekanie, drugi będzie jeździł po sklepach jak szalony, kupował tysiące niepotrzebnych jego zdaniem rzeczy i w tym samym czasie udawał radość z nachodzących świat. Następny skupi się na modlitwie, częściej będzie odwiedzał w tym czasie Kościół, a jeszcze inny postara się znaleźć złoty środek i stworzy sobie swoją prywatną magię świąt… Nie ma sensu piętnować kogokolwiek za tzw. ,,przedświąteczny szoping”, wybieranie prezentów, szał zakupów…  Ja np. w tym roku ,,zgrzeszę” bo zamierzam upolować jakąś większą choinkę, ciekawe ozdoby i światełka…Pojadę do największego złaaaa czyli dużego supermarketu i będę zachwycać się świątecznymi akcesoriami 😉 Potem w moim domu stanie duża choinka z mnóstwem tanich chińskich ozdób i będę się cieszyć jak moje dziecko. To będzie Boże Narodzenie według Dominiki 😉 Z uśmiechem na ustach, radosną atmosferą, Kościołem, kolędami, bliskimi osobami, prezentami i być może śniegiem 😀 Bez narzekania, polityki przy stole wigilijnym, obgadywania i marudzenia … Chcę wszędzie widzieć pozytywy, założyłam sobie różowe okulary.

Na zakończenie…:D

 

23157275ba088c57149ef376ac1d32a2_original

Risotto ze składników które masz pod ręką.

Proste i sycące danie za którym przepada chyba większość z nas. Doskonałe zarówno na obiad, jak i na kolację. Poza jednym składnikiem, tzw. bazą – w tym przypadku jest to ryż, reszta to totalny freestyle. Za to właśnie lubię to danie, że mogę zrobić je bez jakiś specjalnych zakupów bo wykorzystuję do niego akurat to co mam w danej chwili w lodówce i spiżarni. Tak oto spontanicznie przygotowałam dziś na obiadek risotto z piersią kurczaka i strączkowymi w puszcze. Wyszło bardzo dobre, ale muszę poczekać, aż smaczki troszkę się ,,przegryzą”.

Składniki:

  1. Opakowanie ryżu białego długoziarnistego (4 torebki). Niestety nie było ryżu w opakowaniu kilogramowym, więc kupiłam ten paczkowany.
  2. 1 duża pierś z kurczaka.
  3. Puszka fasoli czerwonej.
  4. Puszka groszku zielonego.
  5. 1/3 pora, część zielona.
  6. 2 łyżki koncentratu pomidorowego.
  7. 1/3 kostki startego sera Radamer lub dowolnego.
  8. Olej rzepakowy do przesmażenia mięsa.
  9. Papryka słodka.
  10. Sól.
  11. Pieprz.
  12. Zioła prowansalskie.

 

                                                                     

Sposób wykonania:

Ryż podgotowujemy. Podobnie robimy z piersią z kurczaka, dobrze jest najpierw lekko ją podgotować, a dopiero potem podsmażać w woku. Kiedy nasz ryż jest już gotowy, czyli po prostu ma taką konsystencję jaką lubimy najbardziej, odcedzamy go. Inaczej postępuje się gotując ryż osobno (nie w woreczkach), wówczas pozwalamy mu dojść pod przykryciem w cieple. Ugotowaną pierś z kurczaka kroimy w kostkę i na rozgrzanym woku przesmażamy z pokrojonym drobno porem. Dodajemy przyprawy wedle uznania. Ja dodałam: paprykę słodką, pieprz i zioła prowansalskie. Kiedy por lekko zmięknie, a kawałki kurczaka przyrumienią się do naszego woka wrzucamy ryż. Całość dobrze mieszamy, stopniowo dorzucając groszek i fasolę. Następnie do naszego risotto dodajemy dwie łyżki koncentratu pomidorowego i sól (według smaku). Wszystkie składniki potrzebują jeszcze kilka minut pod przykryciem na małym ogniu. Po tym czasie jako łącznika dodajemy do całości startego żółtego sera, który fajnie zespoli nam całe danie. Po wyłożeniu porcji na talerz możemy dodatkowo posypać jeszcze raz żółtym serem. Danie można z powodzeniem zjeść również na drugi dzień.

Efekt końcowy

 

Smacznego!

 

 

23157275ba088c57149ef376ac1d32a2_original

Pięć powodów dla których muszę w końcu pojechać nad polskie morze

Morze, góry i Mazury, kultowe miejsca na spędzenie wakacji przez każdego Polaka. Tzw. Top 3. Dotychczas miałam przyjemność spędzać wakacje jedynie na Mazurach. Było pięknie i do dziś z uśmiechem na ustach wspominam ten czas. Skrycie marzyłam jednak o polskim morzu. Tak, o tym brudnym, zimnym i kapryśnym klimacie, na który narzeka coraz więcej Polaków urlopowiczów. Choć zdarzają się i tacy, którzy po takim urlopie nad Bałtykiem są zachwyceni i zamierzają tam wrócić. Może i jest brudno, może i pogoda to loteria, a woda zimna i wszędzie zapach smażonych ryb, a plażowicze niczym sardynki w puszcze gnieżdżą się na swoim kawałku plaży o powierzchni 2×2. Pragnę się o tym przekonać na własnej skórze. Coś czuję, że jednak się miło rozczaruję. Kilka wewnętrznych impulsów gna mnie w kierunku morza. Oto one:

 

  • Pragnę niczym Adaś Miauczyński, bohater filmu: ,,Dzień świra”, paść na kolana na plaży, chcę zobaczyć ten bezkres i chłonąć go. Odpocząć i zregenerować umysł. Zapamiętać chwilę w której po raz pierwszy ujrzę morze. Znając siebie będę ryczeć jak bóbr. Obym tylko nie musiała ścigać się wtedy ze swoimi demonami tak jak Adaś M 😀

 

  • Chcę nawdychać się za wszystkie czasy powietrza nasyconego jodem. Oczywiście wraz ze mną tym jodem upajaliby się także córka i luby. No i moja chora tarczyca na pewno bardzo mi za taki prezent podziękuje 😉 Podobno największe stężenie jodu w nadmorskim powietrzu jest poza sezonem.

 

  • Spacerować linią brzegową, boso… Fale chlapiące nasze stopy i kostki. Zabawa przy brzegu z córką, budowanie zamków na piasku, uciekanie przed mniejszymi i większymi falami. No i koniecznie zbieranie muszelek i marzenie z dzieciństwa – znalezienie bursztynu, jak w tej piosence: Fasolki – Bursztynek, kropelka złotych marzeń 🙂 (Pomarzyć zawsze można.)

 

  • Podziwianie wschodów i zachodów słońca nad morzem. Wczesna pobudka nad ranem, ciepłe ubrania, jakiś koc i hop na plażę! To musi być niesamowicie ekscytujące przeżycie. Tak, mam 32 lata i jaram się taką perspektywą 🙂 Albo… wieczorne spacery za rękę i obserwacja zachodzącego słońca. Taki romantyczny akcent, z prawie sześciolatką na głowie 😛

 

  • Degustacje smacznych i świeżych(!) smażonych rybek z fryteczkami i surówką w restauracji z widokiem na Bałtyk. Nie pogardzę do tego zimnym dobrym piwem 🙂
www.pixabay.com

 

Marzenia są po to żeby je spełniać, więc wszystko przede mną.

23157275ba088c57149ef376ac1d32a2_original

Zajęcia sensoryczne dla Twojego dziecka – SENSOPLASTYKA

Ćwiczy kreatywność, rozwija zmysły, uczy poznania siebie i przestrzeni wokół … SENSOPLASTYKA, zajęcia sensoryczno-plastyczne dla dzieci i dorosłych bez żadnych ograniczeń wiekowych, zwane także warsztatami brudzenia. Pierwsze koty za płoty i tak oto, 10 listopada uczestniczyłyśmy z córką w takich szkoleniach. Pełna niepewności spakowałam do torebki aparat z myślą o zrobieniu zdjęć po pierwsze na pamiątkę po drugie z myślą o blogu, o Was czytelnikach. Stwierdziłam, że jeśli zajęcia będą strzałem w dziesiątkę zrobię dla Was wpis. I… powiem Wam, że warto było zapisać Młodą. To była pierwsza taka sytuacja że z premedytacją bez mojego biadolenia w tle mogło się moje dziecię upaćkać od stóp do głów. Była trochę zachowawcza, chwilami zerkała na mnie, ale potem całkowicie popłynęła i wsiąkła w zabawę na całego. Wszak nie tylko o wybrudzenie się tutaj chodzi.

Narzędzia ,,pracy” 🙂
Narzędzia ,,pracy” 🙂

 

Warsztaty sensoplastyki mają na celu totalnie wyluzować Twojego szkraba i pozwolić mu na eksperymentowanie i tworzenie czegoś co tylko jego rozum ogarniać będzie. Dzieciaki mają do dyspozycji ekologiczne i biodegradowalne materiały plastyczne, czyli głównie artykuły spożywcze, np. skrobia ziemniaczana, olej, woda, mleko, barwniki spożywcze. Na podłodze wyłożonej folią grupka dzieci zbiera się wokół siebie. Dołącza do nich osoba prowadząca takie zajęcia, rozdaje np. talerzyki plastikowe, słomki, mleko, barwniki spożywcze rozpuszczone w wodzie i pokazuje zainteresowanym co też fajnego można stworzyć. Dzieciaki mogą się inspirować, ale nie muszą, mogą po prostu łączyć w dowolnej ilości wszystkie składniki, czyli tzw. freestyle. Oczywiście na takie zajęcia warto ubrać dziecko w luźny, wygodny i w żadnym wypadku nie niedzielny strój. Nie wypali założenie dziewczynce ulubionej sukienki bo cały czas będzie się zastanawiała nad tym czy aby jej nie ubrudzi. O dobrej zabawie nie będzie mowy.

Cisza przed burzą 🙂

 

Na początku pozwoliłam mojej małej tworzyć samej swój barszcz 😀 czy też czerninę. Byłam trochę spięta i zawstydzona tym pstrykaniem non stop zdjęć – początkujący bloger 😉 Nie chciałam też wytrącać córki z zabawy tekstami typu: ,,Uśmiechnij się do mamusi”… Potem jednak dosiadłam się i razem robiłyśmy tzw. gluta ze skrobi ziemniaczanej, barwników rozpuszczonych w wodzie i oleju. To był najfajniejszy czas. Wszystko dokładnie mieszane rękoma w plastikowych miseczkach. Glut wyszedł imponujący. Dziecko uradowane i ubabrane nawet na tyłku 😀 Boże, jak ja żałuję, że nie założyłam dresu! Na drugi raz bankowo ubieram się na luzaka.

Młoda twierdzi, że to barszcz, ja tam widzę czerninę 😉
Glut się robi 🙂

 

Prawie gotowe 🙂 Skupienie musi być!

 

Na zajęciach były także małe szkraby, którym mamusie dzielnie pomagały ubabrać się po pachy z uśmiechem na ustach. Były także dzieci w wieku wczesnoszkolnym, które gdyby mogły rozniosłyby salę w której odbywały się zajęcia. Stąd moje przypuszczenia, że zajęcia te są skierowane także dla dzieci z nadpobudliwością emocjonalną, autyzmem i różnymi zaburzeniami intelektualno-ruchowymi. Większość dzieci była autentycznie zrelaksowana i szczęśliwa podczas tej godziny trwania warsztatów.

Po pierwszych zajęciach wiem już, że na kolejnych będziemy również. Podejrzewam, że będziemy bawić się jeszcze lepiej niż na tych pierwszych. Uzbrojona w wygodny strój, dobry humor i banan na buzi 🙂 zamierzam lepić te gluty i robić te kolorowe kropki na talerzyku pełnym mleka bez nerwów i pośpiechu. Być może Pani prowadząca zaproponuje jakieś nowe, nieznane nam jeszcze koncepcje. Ciekawie byłoby takie zajęcia wzbogacić fajną w odbiorze dla dzieciaków muzyką. W każdym bądź razie jeżeli macie możliwość zapisać Wasze dziecko na takowe warsztaty, nie zastanawiajcie się ani chwili. Warto 🙂

 

 

23157275ba088c57149ef376ac1d32a2_original

Prosty i szybki przepis na domowy sos czosnkowy

Uwielbiam czosnek i gdyby tylko było to możliwe dodawałabym go do każdej potrawy. Niestety nie do wszystkiego pasuje, ale przede wszystkim moja córka nie toleruje jeszcze zbyt silnego aromatu czosnku. My z T. możemy go nawet jeść na chlebie z masłem, a w okresie jesienno-zimowym jest to nasz kultowy specyfik na odporność. W czasach studenckich, kiedy to chodziło się jeszcze na kebsy i nie szło w biodra ;)rozsmakowałam się w sosie czosnkowym, ale takim totalnym gotowcu sklepowym. Na szczęście jakieś 3 lata temu poznałam smak domowego sosu czosnkowego bo dobra dusza pokazała mi, że przygotowanie tego sosiska jest banalnie proste. Od tego czasu sos czosnkowy robię sama. Różnica jest wielka. Bazujemy na trzech składnikach plus dwie przyprawy. 5 minut roboty i gotowe! Można z powodzeniem łączyć sos z: pizzą, frytkami, domowym kebabem, grillowanym mięskiem, pieczonymi ziemniakami, warzywami na patelnie itd.

Składniki:

  • 4 łyżki majonezu (ja użyłam Kieleckiego, ale równie dobry jest Winiary, Koronny czy też Mikado)
  • 1 łyżka śmietany 12 lub 18% (Mleczna Dolina)
  • główka czosnku
  • łyżeczka pieprzu (wersja pikantna, można dodać zdecydowanie mniej)
  • 2 łyżeczki wegety/przyprawy uniwersalnej

 

Potrzebna będzie miseczka do połączenia składników, wyciskarka do czosnku, łyżki i nożyk do obierania czosnku.

Sposób przygotowania:

W miseczce łączymy ze sobą trzy łyżki majonezu z jedną łyżką śmietany. Po wymieszaniu dodajemy przyprawy: pieprz i wegetę według uznania. Główkę czosnku dzielimy na ząbki, obieramy je i wyciskamy przez wyciskarkę do miseczki. Mieszamy dokładnie i tak oto otrzymujemy nasz domowy sosik czosnkowy najlepszy na świecie 🙂

 

S

23157275ba088c57149ef376ac1d32a2_original

Fejsowe porady dla Pań i Panów w obrazku ujęte (z przymrużeniem oka)

Alfą i omegą w sprawie związków nigdy nie byłam, nie jestem i nie będę. Nie do końca potrafiłam także zdiagnozować osobników płci męskiej kręcących się kiedyś w pobliżu mojej osoby. Jedni sprawiający wrażenie królewiczów z bajki okazywali się draniami, z kolei drudzy z pozoru nieciekawi mile mnie rozczarowywali. Siedem lat temu wpadłam po uszy i już się nie rozglądam w poszukiwaniu odpowiedniego kandydata do życia ze mną. Aktualnie pozostała mi tylko obserwacja 🙂 Jest to jednak piekielnie fascynująca sprawa bo mogę spokojnie obserwować sobie z boku kiełkujące relacje męsko damskie. Od Panów wymaga się dziś coraz więcej, a Panie rozkochane w facebookowych guru: Oczami mężczyzny, Gentleman & Sensual Erotic Xmen (omg…) postawiły poprzeczkę tak wysoko, że mało który Pan potrafi ją przeskoczyć. Każde słowo wyżej wymienionych guru jest traktowane arcypoważnie. Do tego gustownie dopasowany obrazek i kobieta jest już kupiona, nie tylko singielka, ale także matka, żona, kochanka i babcia. Rozumiem, że kobiety potrzebują takich form wsparcia, utwierdzenia ich w przekonaniu o swojej wyjątkowości, codziennego zabiegania o nie, ale moim zdaniem zbyt wiele autorzy stron wymagają od swojej płci…Gdyby każdy facet miałby stosować się do tych złotych rad zrobiłoby się piekielnie nudno…Bo nie każda dziewczyna / kobieta Drodzy Panowie posika się ze szczęścia jak przyciśniecie ją do blatu, dostarczycie rozkoszy i wręczycie jej w zębach czerwoną różę. Nie zmienia to faktu, że wiele sentencji wpadło mi w oko i muszę się z nimi zgodzić 😉


Ostatnio w sieci moje oczy dojrzały pewien obrazek. Oto on:

Na facebooku szał, kobiety masowo udostępniają, mężczyźni się oburzają, wypominając kobietom, że to samo można byłoby napisać o nich. Zniesmaczeni Panowie twierdzą, że kobieta mając do wyboru spokojnego, wspierającego mężczyznę i tak wybierze skurwysyna po którym będzie płakać. Kobiety ripostują i stanowczo zaprzeczają powyższemu stwierdzeniu. Przyglądam się tym słownym przepychankom i dochodzę do wniosku, że zarówno Panie jak i Panowie mają rację w tej całej gównoburzy. Dla wielu kobiet nie wystarczy żeby facet był spokojny, kochający, wierny, oddany i wspierający…Nagle wspomną sobie, że chciałyby żeby był jeszcze dziki i namiętny, czasami brutalny, porywczy i wolny… Niestety pewne cechy wzajemnie się wykluczają, chyba że facet może być jednocześnie spokojny i porywczy, oddany i wolny ?! Może ja o czymś nie wiem…i tacy egzemplarze chodzą po świecie. Prawda jest taka, że sporo z nas kobiet nie wie czego chce. Tworzą się jakieś sztuczne ideały. Z tym obrazkiem wszystko byłoby ok, gdyby wyciąć trzeci wiersz: NIE KŁOPOTEM. Panowie, rozumiem Wasze wkurzenie kiedy czytacie te słowa. Wielu z Was z pewnością chciałoby być takim wsparciem dla Pani umieszczającej ten obrazek na swojej fejsowej tablicy…ale doczytujecie ,,Nie kłopotem” i czar pryska. Bo przecież ktoś ,,mądry” kiedyś wcisną kobietom ciemnotę, że faceci to same kłopoty i one powtarzają to teraz jak mantrę. Tak samo jak lubią często wygłaszać hasła w stylu:

  • ,,Tak niewielu jest porządnych facetów”.
  • ,,Oni na mnie nie zasługiwali, ja potrzebuję mężczyzny, który będzie mnie na rękach nosił”.
  • ,,Przez facetów wylałam już morze łez”.

Z takim nastawieniem i określaniem facetów mianem kłopot, na pewno nowe łzy zasilą to morze rozpaczy…których powodem jedynym słusznym jest oczywiście … facet.


„Opiekować należy się pizdusiem. Prawdziwego mężczyznę się wspiera.” (Oczami mężczyzny)

Ohoho, trochę kompleksami zapachniało. Wsparcie i opiekowanie się drodzy znawcy tematu idą ze sobą w parze. Więc ,,prawdziwy mężczyzno” nie ,,pizdusiu” ! kiedy Twoja kobieta robi Ci gorącą herbatę z miodem i cytryną bo leżysz w łóżku ze stanem podgorączkowym i umierasz…;) to znaczy, że się Tobą opiekuje. Tak wiem, to bardzo trudne do zaakceptowania dla prawdziwego macho. Weź to na umięśnioną klatę 😉


Mnie odstrasza ten napis, a co dopiero ma powiedzieć biedny, przestraszony, zakochany i nieśmiały facet, który zbiera się z powiedzeniem ukochanej dziewczynie, że chce z nią spędzić resztę życia? Ten tekst nie jest motywujący, on jest odstraszający. Jeśli jakiejś niecierpliwej dziewczynie przyjdzie do głowy umieścić go na swojej osi czasu, niech trzy razy się zastanowi czy chce aby obiekt jej westchnień to przeczytał. Jest duże prawdopodobieństwo, że zamiast ruszyć do boju i nagle z patrzenia przejść do czynów zacznie się wycofywać… I z ulgą przyjmie Twoje zamążpójście…:)


Mam bardzo mieszane uczucia dotyczące wyżej zamieszczonych i nie tylko obrazów. Z jednej strony rozumiem zamysł. Należy otworzyć kobietom i mężczyznom oczy na wzajemne potrzeby i zaspokajanie ich. Z drugiej jednak strony zmierza to wszystko w kierunku wykreowania nieistniejącego obrazu mężczyzny. Posiadającego całą pulę cech uruchamiających się zgodnie z życzeniem wybranki. Jeśli kobieta pragnie żeby facet był niegrzeczny – będzie niegrzeczny, żeby był spokojny – będzie spokojny, żeby był draniem – będzie nim, a potem na nowo niech się stanie kulturalnym gentelmanem … Mężczyzna robot, sterowany kobietą. To się nie może udać, ale widocznie jest na takie sentencje spore zapotrzebowanie. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że każda z Was Babeczki (która poszukuje lub czeka na uczucie) znajdzie swojego jedynego 🙂     Kierując się sercem i rozumiem, a nie fejsbukowym udostępnionym pierdylion razy tesktem.


Na koniec mój ulubieniec ostatnich dni:

www.kobiecyhumor.pl

 

😀

 

23157275ba088c57149ef376ac1d32a2_original

Próby akceptacji własnych wad (z przymrużeniem oka)

Dzisiejszy post jest skierowany głównie do kobiet (sorry Panowie). Bo tak się niestety składa, że w większości przypadków to my kobiety jesteśmy wpędzane w kompleksy albo wpędzamy się w nie same. Nie jestem wyjątkiem. Gdybym miała wymienić co mnie u siebie wkurza w wyglądzie zewnętrznym zapewne brakło by mi palców u rąk 🙂 Zęby, nos, cera, włosy, cellulit, brzuch, waga….Do wszystkiego mogłabym się przyczepić, ale…od pewnego czasu podejmuję ciągłą próbę akceptacji mojego wyglądu. Nie dlatego, że łykam banały o tym jaki to wygląd nie jest ważny i liczy się tylko wnętrze: dobre serce, optymizm i kultura. Taaaa. Zdałam sobie sprawę, że gdybym chciała naprawić te wszystkie psikusy losu na mojej facjacie i ciele musiałabym się poddać interwencji chirurgicznej 😀 Nie tędy jednak droga. Po pierwsze na takie zabawy trzeba byłoby mieć odłożoną górkę pieniędzy, po drugie nawet gdybym je odłożyła zapewne znalazłoby się tysiąc innych spraw ważniejszych i wartościowszych na które warto byłoby przeznaczyć tą kasę. O ile z akceptacją wyglądu idzie mi całkiem nieźle (szczerzę te moje krzywusy do niemal każdego zdjęcia), tak z naleciałościami i złymi przyzwyczajeniami mam zdecydowanie ciężej. Niestety odkryłam ostatnio bardzo niewygodną prawdę o sobie :


Z wiekiem robię się coraz bardziej zrzędliwa.


Mogłabym teraz próbować się tłumaczyć górnolotnym stwierdzeniem, że przecież z wiekiem stajemy się coraz bardziej wymagający, nie zadowalają nas półśrodki, mamy większe potrzeby, a nasze zrzędzenie nie jest wcale zrzędzeniem, tylko wyrażaniem siebie…Guzik prawda. Ja mam ewidentną tendencję wzrostową zrzędzenia. Kręcę nosem na tyle przyziemnych spraw dotykających mnie osobiście i (o zgrozo!) ludzi obok mnie. Mój T. porównuje mnie coraz częściej do smerfa Marudy (,,Nie cierpię nie cierpieć! „) 😉 Próba kontrolowania zrzędliwości kończy się różnie. Czasami udaje mi się ugryźć się w język i nie marudzić na każdym kroku. Bywają jednak dni (zwalam to na PMS), że potrafię pół dnia zrzędzić o byle co. Już współczuje T. bo strach pomyśleć cóż to będzie na stare lata 😀 Będę zrzędliwą starą babcią 😉


Jestem nerwowa i niecierpliwa.


I najgorsze jest to, że ta nasza mała psotnica widzi mnie często w stanie zniecierpliwienia i wkurzenia. Nie umiem być oazą spokoju w chwili kiedy, np.:  spada mi kubek (notabene pamiątka z przedszkola) i rozbryzguje się w drobny mak po całej kuchni. Za chiny ludowe nie potrafię. Po prostu krew mnie zalewa i zła jestem na siebie strzelając co rusz (ciszej lub głośniej) epitetami. Matka spokojna, opanowana wyzbierałaby zapewne od razu wszystkie elementy, odkurzyłaby, otarła dziecięcą łzę uronioną w wyniku straty ulubionego kubka i przeprosiła obiecując załatwienie nowego/podobnego. A ja co zrobiłam? Usiadłam na kaflach wśród roztrzaskanych kawałków porcelanowego kubka i wypowiadając kilka razy pod rząd wyraz na literę K zaczęłam popłakiwać z rozpaczy…Dziecię z kolei wparowało do kuchni i na moje wybąkane przepraszam oznajmiło coś w stylu: MAMA WYLUZUJ, ZDARZA SIĘ, PRZECIEŻ TO TYLKO KUBEK 🙂 Nerwy trzeba było schować do kieszeni. Nauczka na przyszłość. Młoda postawiła mnie do pionu 🙂

Niecierpliwość to moje drugie imię, przylgnęło do mnie i nie chce się odkleić. Wszystko musi być na już, na teraz, a najlepiej na wczoraj. Podobno zawsze taka byłam, za dziecka również. Tylko jakoś sobie nie przypominam tego bym kiedyś przestępowała z nogi na nogę i poganiała nieszczęśników znajdujących się w pobliżu żeby przyspieszyli bieg wydarzeń. W linii prostej ma to po mnie moja córka. Co oczywiście nagminnie podkreśla tata 🙂 Cała mama…


Roztrzepana i niedojrzała.


 

Z rodzinnego archiwum 🙂

Roztrzepana byłam zawsze. Chwytałam się jednej rzeczy, nie wychodziło mi, rzucałam to i łapałam się kolejnej. To bardzo niewygodna cecha i w dorosłym życiu należy ją po prostu tępić. Nie ma wyjścia, jeśli chcemy coś osiągnąć, jeśli zależy nam na czymś bardzo, to choćby skały srały (wybaczcie słownictwo) nie poddawajmy się po pierwszych nieudanych próbach. W większości przypadków potrzebna jest ciężka praca, wytrwałość i skupienie. Szybkie zniechęcenie i rezygnacja nie pozwoli nam się przekonać się co by było gdyby…

Niedojrzałość w moim odczuciu ma wiele znaczeń. W przypadku mojej osoby objawia się ona tym, że np. nie ogarniam tego, że mam ,,już” 32 lata i pewnych rzeczy mi nie przystoi. Nie godzę się na to. Będę nosić spodnie z dziurami bo lubię 🙂 Nie mam ochoty na makijaż i zakrywanie zmarszczek bo cera mi świruje i boję się, że się rozmarzę jeszcze przed wyjściem z domu. Obejrzę sobie nie raz i nie dwa ukochaną ,,Czarodziejkę z Księżyca” na YouTubie, choć pewnie to nie przystoi trzydziestolatkom 😀 Mam to niestety lub stety w czterech literach. Taką niedojrzałą mogę być.

Z akceptacją wad różnie bywa. Bo to co dla jednych wadą jest, dla drugich może być zaletą. Tyczy się to zarówno wyglądu jak i charakteru. Pracować nad sobą można zawsze, nigdy nie jest za późno, zwłaszcza jeśli domownicy mają już na prawdę dosyć niektórych Waszych wad. Nie do końca wierzę jednak w to, że wszystkie negatywne cechy można wyeliminować ze swojego zachowania. Można jednak próbować, zwłaszcza przy dzieciach ograniczyć nasze paskudne niedoskonałości 😉

23157275ba088c57149ef376ac1d32a2_original

Zmora kobiet – zapalenie pęcherza moczowego.

Ból, pieczenie i kłucie. Nieprzyjemne parcie na mocz i częste bieganie do toalety. W ostrzejszych stanach gorączka i ból mięśni. Diagnoza: zapalenie pęcherza moczowego. Jedna z najbardziej dokuczliwych dolegliwości jakiej najczęściej doświadczają kobiety. Infekcję wywołują głównie bakterie (Escherichia coli), choć zdarza się, że chorobę mogą wywołać wirusy i grzyby.

Do najczęstszych objawów tej choroby możemy zaliczyć:

  1. Bóle brzucha (skurcze) w dolnych jego partiach.
  2. Nieprzyjemne i bolesne parcie na mocz.
  3. Częste oddawanie moczu i pieczenie w trakcie jego oddawania.
  4. Stan podgorączkowy lub gorączka.
  5. Bóle mięśni i ogólne złe samopoczucie.
www.medicalnewstoday.com

 

Znam temat z autopsji. Pierwsze trzy z wyżej wymienionych objawów miałam za każdym razem podczas infekcji pęcherza moczowego. Niestety ta przykra dolegliwość dopadła mnie już w wieku dziecięcym. Nie pamiętam ile Furaginy zeżarłam, ile wód Jana wypiłam, ale na pewno było tego sporo. Na szczęście doczekałam czasów, kiedy Furagina jest dostępna bez recepty i nie muszę już za każdym razem w razie pierwszych objawów zgłaszać się do lekarza po receptę. Po latach względnego spokoju, w okresie jesienno-zimowym, głównie po tym jak przemarzną mi nogi, potrafię już rozpoznać kiedy coś się zaczyna kroić.

I tak oto, zawsze mam w swojej apteczce zestaw pierwszej pomocy, w przypadku zapalenia pęcherza:

  1. Uro Furaginum/ Fruraginum/ NeoFuragina – zwał jak zwał. Ważne, że w owych tabletkach jest składnik zwany: furazydyną, który działa na bakterie odpowiadające za infekcje dolnych dróg moczowych. W końcu jest dostępny bez recepty i swobodnie można się w niego zaopatrzyć. Kuracja uderzeniowa to: 2 tabletki – 3 razy dziennie. Charakterystycznie barwi mocz na intensywny żółty kolor. Numer 1 w walce z zapaleniem pęcherza.
  2. Fitolizyna lub Debelizyna. Te obrzydliwe w smaku pasty to zmora mojego dzieciństwa…Pamiętam jak wykrzywiała mi się buzia podczas picia mikstury (woda + łyżka tychże past). Fitolizyna jest pastą ziołową, wzbogaconą olejkiem miętowym i sosnowym – stąd ma taki piekąco- orzeźwiający posmak. Niekoniecznie miły dla dziecięcego podniebienia. Debelizyna ma swoim składzie płynny wyciąg z fasoli indyjskiej i substancje pomocnicze, które nadają paście jeszcze ohydniejszego smaku niż poprzedniczce. Obie te pasty są jednak piekielnie skuteczne. Warto wspomagać się nimi zaraz na początku objawów lub w trakcie infekcji, stosując je razem z Furaginą.
  3. Mineralna Woda Jana z Krynicy Zdroju. Posiada szereg właściwości leczniczych. Doskonała na schorzenia układu moczowego i krwionośnego. Mając działanie moczopędne przyspiesza wypłukiwanie się bakterii z układu moczowego. Dobrze smakuje i można ją spokojnie dostać w większych supermarketach. Oczywiście równie dobrze można pić zwykłą wodę mineralną 😉
  4. Wygrzewanie / gorące kąpiele / termofor. Łatwiej znieść nieprzyjemny ból, kiedy zapewnimy sobie wygrzewanie podbrzusza i najlepiej od razu stóp. Warto naszykować sobie ciepłą kąpiel, postawić na wannie wodę (najlepiej Jana 😉 – nie to nie jest reklama) i wlewać w siebie spore jej ilości. Szybciej wydalicie z siebie sprawców infekcji 😉

Doskonałym środkiem zapobiegawczym jest suplementacja preparatami z żurawiną, bądź picie soków żurawinowych. Żurawina posiada właściwości antybakteryjne, a jej tajemniczy składnik proantocyjanidyna – przyczepiając się do bakterii wywołujących infekcję uniemożliwia im zagnieżdżenie się w komórkach pęcherza.

W przypadku nawracającego zapalenia pęcherza moczowego, warto oprócz zwykłego badania moczu wykonać jego posiew. Jest to badanie bakteriologiczne, które ma na celu zidentyfikowanie bakterii, które wywołały infekcję i sporządzenie antybiogramu po to aby móc wdrożyć leczenie, które pozwoli na wyeliminowanie patogenów.

Podsumowując, nie dla mnie bieganie na boso po zimnych kaflach, chodzenie w króciutkiej kurteczce i nerkami ,,na wierzchu” oraz śmiganie w lekkich bucikach chłodniejszą porą. Nie mam jednak czego żałować. Codziennie bowiem widuję wyziębionych nastolatków podążających ślepo za modą, z podwiniętymi spodniami, gołymi kostkami, letnimi adikami i krótkimi kurteczkami. Ta moda zdaje się zejdzie na dalszy plan, kiedy owi nastolatkowie złapią wilka w tyłek 😀

23157275ba088c57149ef376ac1d32a2_original

Ślimaki drożdżowe z cynamonem

Pierwszy raz ślimaka drożdżowego z cynamonem zjadłam w wieku kilku lat i upiekła go dla mnie moja siostra. Był przepyszny. Przepadam za ciastem drożdżowym do dnia dzisiejszego. Jednak o dobrą drożdżówkę w dzisiejszych czasach dosyć trudno. Bo albo są suche i mają mało owoców, albo są zbyt wilgotne i polane nadmierną ilością lukru.

Jakiś czas temu, szukając przepisu na dobre ciacho, wpadłam na pomysł upieczenia owych zapominanych ślimaków mojej siostry. Oczywiście jej zapiski wylądowały już dawno na śmietniku, ale wujek google naprowadził mnie na dobre tory. Tak oto, tydzień temu po raz pierwszy zrobiłam ślimaki drożdżowe i muszę powiedzieć że wyszły przepyszne 🙂

Przepis to mix kilku przepisów znalezionych w Internecie. Z podanych niżej proporcji wychodzi 14 sztuk.


Składniki:

  1. 25 g drożdży.
  2. 250 dkg mąki pszennej.
  3. Pół szklanki mleka.
  4. Jajo.
  5. 50 g masła.
  6. Cynamon
  7. 50 g cukru.
  8. Szczypta soli.
  9. Białko jaja.
  10. Cukier puder.

Sposób wykonania:

 

Drożdże rozkruszamy w misce, dodajemy 1 łyżeczkę cukru, 3 łyżeczki mąki i pół szklanki podgrzanego mleka. Miskę przykrywamy ścierką i odstawiamy na 15 minut. W tym czasie z wymieszanych składników robi się zaczyn. Po 15 minutach do miski wsypujemy mąkę, dodajemy jajo, cukier, szczyptę soli i roztopione masło (odrobinę zostawiamy do wysmarowania rozwałkowanego ciasta). Całość wyrabiamy ręcznie bądź mikserem. Dobrze wyrobione ciasto przykrywamy ścierką i zostawiamy na około 45 minut. Ciasto wyrośnie i będzie można przełożyć je na wysypaną wcześniej mąką stolnicę. W  międzyczasie w małej miseczce/szklance mieszamy 2 łyżki cynamonu z 3 łyżeczkami cukru.

Po 45 minutach wykładamy nasze ciasto na stolnice i dobrze rozwałkowujemy na całą jej szerokość i długość. Jeśli ciasto zbytnio się klei, podsypujemy mąką. Rozwałkowane ciasto skrapiamy pozostałym roztopionym masłem i potrzepujemy cynamonem. Zawijamy ciasto od góry do dołu w rulon. Powstaje zawinięta rolada, którą kroimy na około 3 cm kawałki. Każdy kawałek odwracamy i układamy na blasze w ten sposób aby przypominała ona ślimaka. Białkiem z jaja smarujemy każdego ślimaczka. Ślimaki pieczemy w temperaturze 180 stopni przez 20-25 minut. Po upieczeniu posypujemy je cukrem pudrem.

Smacznego!!